piątek, 20 sierpnia 2010

Gotowanie na ekranie...

Ostatnio katuję się oglądając programy kulinarne. Nie to, że nie lubię oglądać jak ktoś gotuje. Uwielbiam to! Pamiętam we wczesnym okresie nastoletnim swojego życia polowanie na programy kulinarne w porannej telewizji edukacyjnej. To było przeżycie i inspiracja, choć nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wtedy ugotowała oglądaną potrawę. W sumie nadal tak robię. Czasami zdarza się kucharz (przyjmuję ten termin dla płci obojga, gdyż nie bardzo lubię słowo ‘kucharka’ – jakoś tak…),którego potrawy zachwycają, aparycja zachwyca lub generalnie całokształt. W tej grupie króluje niepodzielnie Nigella Lawson. Moje pierwsze spotkanie z nią na ekranie przyprawiło mnie o ból głowy. Stawiałam wtedy swoje pierwsze kroki w  ‘profesjonalnej kuchni’ i prawdy, którymi ona rzucała na ekranie sprawiały, że zgrzytałam zębami. A potem zaczęłam słuchać jej uważniej (trudno jej się oprzeć…) i doszło do mnie, że ona promuje gotowanie ‘domowe’, komfortowe i przyjemne, które w wielu przypadkach nijak się ma do komercyjnego gotowania w restauracjach i hotelach. Wraz ze zrozumieniem przyszło uwielbienie. Jestem szczęśliwa posiadaczka wszystkich jej książek i przyznać muszę, że przeszły niejeden test bojowy i sprawdziły się. To rzadko zdarza się książkom kucharskim celebrytów. Przepisy Nigelli  działają, zwłaszcza te dotyczące czekolady…ale to temat na inne opowieści.
Wróćmy do programów kulinarnych. Bardzo popularny w Wielkiej Brytanii jest program „Come dine with me”. Zasada prosta. Kilkoro( z reguły cztery lub pięć osób) nie znających się wcześniej biesiadników z jednego miasta podejmuje się nawzajem przez tydzień trzydaniowym (z reguły)  obiadem gotowanym przez uczestnika w jego domu. Potem w tajemnicy się oceniają (0-10), osoba, która zgarnie najwięcej punktów dostaje £1000. Gra warta świeczki… Program jest genialnym studium ludzkich zachowań, zwyczajów jedzeniowych, znajomości własnej kultury (a kultura tu różna, bo w obrębie brytyjskości pojawia się tygielek z całego świata) i tolerancji dla innych kultur. Dla mnie to uczta. Ponieważ kamera towarzyszy każdemu uczestnikowi w jego dniu, obserwujemy przygotowania i sam proces gotowania. I to dla mnie jest najśmieszniejszy moment. Wtedy tak naprawdę widać, co ludzie wiedzą o gotowaniu.  Wiadomo, że celem jest £1000, które piechotą nie chodzi. Naprawdę rzadko (obejrzałam już dziesiątki tych programów) trafia się uczestnik, który wie co robi. Reszta, to stado baranów, którym ktoś kiedyś powiedział, że ‘dobre było’. Zamiast zastosować sprawdzone przepisy, coś co gotujesz z zamkniętymi oczami, wiesz co może ewentualnie pójść nie tak i jak to uratować, rzucają się na przepis  zasłyszany gdzieś, znaleziony w kolorowej gazecie (ładne zdjęcie) albo w książce kucharskiej celebryty. I tu zaczyna się cyrk… Nagle ‘to’ wcale nie chce wyglądać  jak na zdjęciu! Nie mówiąc o smaku, no bo zdjęcie nie mówiło nic o smaku. Albo wyszło kompletnie nie tak – celebryta na zdjęciu w książce z uśmiechem formuje ciasto w dłoniach, a tu się przelewa z łyżki…(tu drobne ostrzeżenie – kupując książkę kucharską warto wypróbować na chybił trafił kilka przepisów, ale dokładnie podążać ilością składników i procedurami. Jeżeli cel osiągnięty przypomina przynajmniej w 85% książkowy, to mamy w posiadaniu niezłą książkę, albo przynajmniej taką, której przepisy zostały ‘ugotowane’. Coraz częściej się zdarza, że  im bardziej znane nazwisko na okładce, tym bardziej niesprawdzone przepisy w środku) . Najbardziej podoba mi się jednak gra przed kamerą. Naoglądali się.  A teraz mają swoje pięć minut. Ustawiają się tak, żeby kamera lepiej widziała, co robią. Udzielają rad i wskazówek. Dyskutują z tym, co zasłyszeli. Krytykują. A w tle kipi i płonie. Oczywiście też to przerabiałam. Gotowanie do kamery. A może raczej gotowanie do udawanej kamery. Jako nastolatka nie potrafiłam przeboleć  faktu, że ktoś patrzy mi na ręce, jak gotuję. Gotowałam więc  udając, że w kącie kuchni stoi kamera i że ogląda mnie stado widzów (wersja trudniejsza, wszystko w czasie rzeczywistym, wszystko musi się udać…). Ha ha ha ha…pękam ze śmiechu na to wspomnienie, ale dzięki tej zabawie nie mam problemu z gotowaniem przy kimś, tudzież szkoleniem kogoś w gotowaniu (przydatne jak się jest kucharzem w większej kuchni i musisz kogoś czegoś nauczyć).
To by było na tyle dziś. Teraz udam się do kuchni i ze sprawdzonego i udoskonalonego przepisu Marthy Stewart  uczynię ciasteczka maślane. Wyjątkowo dobrze smakują w czasie oglądania tych programów. A potem tylko herbata z malinową konfiturą i kolejna odsłona ‘come dine with me’.



4 komentarze:

  1. Trafne podsumowanie tego programu :) często-gęsto banda ludzi wygląda tam jak z cyrku (i tak się zachowuje). Tyle Lamb sprawia, że chce się to oglądać...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak tu ładnie... I jak apetycznie... I jaka permanentna inwigilacja tam na na boku... I jaka ta inwigilacja jest głupia, bo bierze mnie za kogoś z Bydgoszczy, albo z Inowrocławia... Sama jesteś z Bydgoszczy, inwigilacjo jedna!
    Ale zajebisty jest ten telefon na ścianie! Bardzo mi się podoba. Jeśli kiedyś, zamiast niego, znajdziesz białą plamę, lub podrzucone w to miejsce zdjęcie np. kosza niezwykle drogich mandarynek, wiedz, że to ja ten teelefon (to telefon w wersji herbacianej) ukradłem.
    To tyle na teraz, a skoro zblogowaliście się już oboje, czekam na sygnał, że do sieci wparowały również Wasze Coty. Hm, zdaje się, że pomyliłem branże. Coty są zapachowe, a koty są mruczące i zawsze głodne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmmm, tym razem chyba jestem z Bydgoszczy...
    A wpisuję się ponownie, ponieważ z tego wszystkiego poprzednio nie napisałem nic na temat posta. W oryginale to chyba jakoś inaczej leciało... O, mam! "A w zeszłym tygodniu nie śpiewałem, bo byłem chory, mam zwolnienie. Łubu dubu..." Nieważne jednak, to było tak z innej beczki. Na gotowaniu się nie znam, lecz boje z książkowymi przepisami przypomniały mi programy i publikacje Adama Słodowego. Jemu wszystko śmigało, jeśli ktoś jednak chciał czegoś podobnego dokonać w naturze, prędzej czy później zdesperowany sięgał po denaturat.
    A jeśli ukradnę Ci kiedyś z tapety ten telefon, to nie podmienię go na koszmarnie duży kosz przeznaczonych do skosztowania kosztownych mandarynek, ale na telewizor. Jeden już masz, ale ze swoim kulinarnym programem na pewno przebijesz się do masowego odbiorcy, i to bez 1000-funtowej przynęty. Hmm, 1000 funtów to będzie chyba prawie pół tony! Strasznie ciężka ta nagroda.
    A swoją drogą, czy te pierdolone urządzenie z boku mogłoby następnym razem wskazać, że jestem np. z Przemyśla? Chętnie bym wyszedł poza region i zwiedził inne zakątki kraju...

    OdpowiedzUsuń
  4. zwyklam ogladac te programy w zamierzchlych czasach, kiedy to ogladalam tv. teraz jestem na odwyku, ha ha. i tak mi sie nie zdarzylo 'come dine with me' obejrzec chociaz raz do konca... nie na moje nerwy...

    celebryty i ksiazki kucharskie. eee... pseudo kucharskie... 264 sposoby na wymieszanie makaronu z sosem.. a nigella? po ksiazki nie siegalam, ale niech sie troche okryje, ubierze, bo dzieci te programy tez ogladaja...

    ciasteczka wygladaja apetycznie, ja (ze sie powtorze) nadal rozmyslam o twoim jableczniku....

    OdpowiedzUsuń