poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Ciemności kryją ziemię...

Tak,proszę Państwa,jest absolutnie ciemno. Na dodatek zimno i mokro. Patrzę na kalendarz i oczom nie wierzę. Sierpień, 23 dzień. Przecieram i patrzę raz jeszcze. Hm, nie przypominam sobie żadnych starszych pań wręczających mi z  podejrzanym uśmiechem czerwone jabłuszko, które nasączone jakąś odjazdową substancją wbiłoby mnie w stan śmierci klinicznej....W sumie księcia i pocałunku też nie pamiętam, więc ten wariant nam odpada. Nad szycie, tudzież przędzenie przedkładam pospolite 'robienie na drutach'.którymi trudno się ukłuć. Nie ma więc szans na długi sen,który zabrał mi gdzieś lato i bezczelnie porzucił w listopadzie? Przecieram czy jeszcze raz. Cóż, niby sierpień. W Glasgow wszystkie miesiące są 'niby'. Nie sądzę (ale w sumie sędzią nie jestem), żebym kiedykolwiek przywykła do czterech pór roku serwowanych w ciągu jednej doby...


W związku z moim aktualnym statusem żony domowej (która w dzień taki jak ten dostaje jeszcze większego świra niż zazwyczaj) oddaję się intensywnemu przeganianiu ogarniającego mnie depresyjnego nastroju. Dziś sięgam po najskuteczniejszy. Książki kucharskie. Kolekcja jest już spora. Wśród nich moja absolutnie ukochana, posażna (ktoś wie jeszcze,co to posag?) książka. W mojej rodzinie zapewne trzy pokolenia o których wiem,sądząc po roku wydania, może i cztery?
Panie Redaktorze, bardzo dziękuję za przemyt ;) 


Praktyczny Kucharz Warszawski 
zawierający 1503 przepisy różnych potraw, 
oraz pieczenia ciast i przygotowywania zapasów spiżarnianych. 
Warszawa 1902


Herbata gotowa,jeszcze tylko dobra muzyka i można się zanurzyć w świat starych koronek i absolutnie niebywale sprawdzonych i cudnych przepisów.
Lecz nie tylko jedzenie tu się liczy, muszę być szczera - czytam tę książkę dla języka jakim jest napisana. Prawdę mówiąc, trzeba by mi było być panią domu dobrych sto lat temu,żeby się zastosować do przepisów - nie tylko na jedzenie. Książka jest dla 'młodych gospodyń' i zawiera niemal całą wiedzę z zakresu dokonywania cudów życia domowego. Od przetworów do prania koronek  i kolorów różnorakich.
Jednym z moich ukochanych jest przepis 1451 dotyczący prania 'blondyn'.  Nie dotarłam nigdy do informacji,czymże jest lub są, ale sposób prania...


Owinięte, tak jak koronki na wałek, nacierają się mięszaniną złożoną z miodu,mydła i spirytusu i wyciskając polewać letnią wodą. Następnie odwinąć je z wałka, przesuszyć trzepiąc, rozesłać na miękkiem i zamiast prasowania pociągnąć kilka razy wilczym kłem, co im nada glans i sztywność.


Zachowałam pisownię oryginalną. Ciekawe, prawda? Przepis sugeruje,że owe 'blondyny' zrobią wszystko same (nacierają się), choć w sumie, ktoś powinien im pomóc w polewaniu letnią wodą i glansowaniu wilczym kłem. Wilczym kłem? Wyobraźnia podsuwa mi obraz mnie samej  w pocie czoła zużywającej uzębienie drapieżnika.A co jeśli ktoś nas oszuka i kieł nie będzie wilczy...? Pewnie glans nie będzie odpowiedni. Pomijam fakt,ze proporcje owej mieszaniny,  którą nasze  'blondyny' się nacierały pozostaje tajemnicą. 
Jest więcej niespodzianek. A taki przepis,który sugeruje,ze młoda gospodyni,dzięki tej książce może osiągnąć taki poziom magicznego wtajemniczenia,że nawet śledzie jej posłuchają:


221. Śledzie marynowane na lato.
Oczyszczone i dobrze wymoczone śledzie rozrzynają się wzdłuż i przez grzbiet wyjmują się kości.Skóra tez wierzchnia się zdejmuje, potem obie połowy załączywszy układają się w słojach,a na każdej warstwie kładą się słodkie winne jabłka w talarki pokrajane bez skórki i ziarn, na to posypuje się trochę pieprzu, polewa się oliwą na wierzch, postępuje tak za każda warstwą, napełnia się cały słój i ten na lodzie trzymać. Kto chce może tak urządzone śledzie zalać octem zimnym z aromatami, a na wierzch oliwą.


I jak tu przekonać śledzie do takiej akcji? Mnie się nie udało. Jabłka też mnie nie słuchały. Wszystko sama. Eh. Ale przepis godny - pod warunkiem,że śledzie były uczciwe.
A na koniec dzisiejszej wędrówki przez zaczarowany świat kulinarnej magii, mój ulubiony przepis. 
Dla Francuzów to îles flottantes lub œufs à la neige, dla Węgrów ptasie mleczko, a dla polskich młodych gospodyń...
676  NIC
Trzy szklanki mleka zagotować z kawałkiem wanilii. Ubić tęgą pianę z 6 białe, wymięszać lekko z cukrem i srebrną łyżką kłaść pianę na gotujące się mleko i po kilku minutach wyjmować, układając na około półmiska. Sześć żółtek ubić z 2 łyżkami cukru do białości , zmięszać z mlekiem,w którem gotowały się białka, zagrzać mocno na ogniu, skoro zacznie gęstnieć zestawić, wlać na półmisek gdzie już poukładane białka i wynieść do piwnicy. Na wydaniu białka ubrać konfiturami.

















piątek, 20 sierpnia 2010

Gotowanie na ekranie...

Ostatnio katuję się oglądając programy kulinarne. Nie to, że nie lubię oglądać jak ktoś gotuje. Uwielbiam to! Pamiętam we wczesnym okresie nastoletnim swojego życia polowanie na programy kulinarne w porannej telewizji edukacyjnej. To było przeżycie i inspiracja, choć nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wtedy ugotowała oglądaną potrawę. W sumie nadal tak robię. Czasami zdarza się kucharz (przyjmuję ten termin dla płci obojga, gdyż nie bardzo lubię słowo ‘kucharka’ – jakoś tak…),którego potrawy zachwycają, aparycja zachwyca lub generalnie całokształt. W tej grupie króluje niepodzielnie Nigella Lawson. Moje pierwsze spotkanie z nią na ekranie przyprawiło mnie o ból głowy. Stawiałam wtedy swoje pierwsze kroki w  ‘profesjonalnej kuchni’ i prawdy, którymi ona rzucała na ekranie sprawiały, że zgrzytałam zębami. A potem zaczęłam słuchać jej uważniej (trudno jej się oprzeć…) i doszło do mnie, że ona promuje gotowanie ‘domowe’, komfortowe i przyjemne, które w wielu przypadkach nijak się ma do komercyjnego gotowania w restauracjach i hotelach. Wraz ze zrozumieniem przyszło uwielbienie. Jestem szczęśliwa posiadaczka wszystkich jej książek i przyznać muszę, że przeszły niejeden test bojowy i sprawdziły się. To rzadko zdarza się książkom kucharskim celebrytów. Przepisy Nigelli  działają, zwłaszcza te dotyczące czekolady…ale to temat na inne opowieści.
Wróćmy do programów kulinarnych. Bardzo popularny w Wielkiej Brytanii jest program „Come dine with me”. Zasada prosta. Kilkoro( z reguły cztery lub pięć osób) nie znających się wcześniej biesiadników z jednego miasta podejmuje się nawzajem przez tydzień trzydaniowym (z reguły)  obiadem gotowanym przez uczestnika w jego domu. Potem w tajemnicy się oceniają (0-10), osoba, która zgarnie najwięcej punktów dostaje £1000. Gra warta świeczki… Program jest genialnym studium ludzkich zachowań, zwyczajów jedzeniowych, znajomości własnej kultury (a kultura tu różna, bo w obrębie brytyjskości pojawia się tygielek z całego świata) i tolerancji dla innych kultur. Dla mnie to uczta. Ponieważ kamera towarzyszy każdemu uczestnikowi w jego dniu, obserwujemy przygotowania i sam proces gotowania. I to dla mnie jest najśmieszniejszy moment. Wtedy tak naprawdę widać, co ludzie wiedzą o gotowaniu.  Wiadomo, że celem jest £1000, które piechotą nie chodzi. Naprawdę rzadko (obejrzałam już dziesiątki tych programów) trafia się uczestnik, który wie co robi. Reszta, to stado baranów, którym ktoś kiedyś powiedział, że ‘dobre było’. Zamiast zastosować sprawdzone przepisy, coś co gotujesz z zamkniętymi oczami, wiesz co może ewentualnie pójść nie tak i jak to uratować, rzucają się na przepis  zasłyszany gdzieś, znaleziony w kolorowej gazecie (ładne zdjęcie) albo w książce kucharskiej celebryty. I tu zaczyna się cyrk… Nagle ‘to’ wcale nie chce wyglądać  jak na zdjęciu! Nie mówiąc o smaku, no bo zdjęcie nie mówiło nic o smaku. Albo wyszło kompletnie nie tak – celebryta na zdjęciu w książce z uśmiechem formuje ciasto w dłoniach, a tu się przelewa z łyżki…(tu drobne ostrzeżenie – kupując książkę kucharską warto wypróbować na chybił trafił kilka przepisów, ale dokładnie podążać ilością składników i procedurami. Jeżeli cel osiągnięty przypomina przynajmniej w 85% książkowy, to mamy w posiadaniu niezłą książkę, albo przynajmniej taką, której przepisy zostały ‘ugotowane’. Coraz częściej się zdarza, że  im bardziej znane nazwisko na okładce, tym bardziej niesprawdzone przepisy w środku) . Najbardziej podoba mi się jednak gra przed kamerą. Naoglądali się.  A teraz mają swoje pięć minut. Ustawiają się tak, żeby kamera lepiej widziała, co robią. Udzielają rad i wskazówek. Dyskutują z tym, co zasłyszeli. Krytykują. A w tle kipi i płonie. Oczywiście też to przerabiałam. Gotowanie do kamery. A może raczej gotowanie do udawanej kamery. Jako nastolatka nie potrafiłam przeboleć  faktu, że ktoś patrzy mi na ręce, jak gotuję. Gotowałam więc  udając, że w kącie kuchni stoi kamera i że ogląda mnie stado widzów (wersja trudniejsza, wszystko w czasie rzeczywistym, wszystko musi się udać…). Ha ha ha ha…pękam ze śmiechu na to wspomnienie, ale dzięki tej zabawie nie mam problemu z gotowaniem przy kimś, tudzież szkoleniem kogoś w gotowaniu (przydatne jak się jest kucharzem w większej kuchni i musisz kogoś czegoś nauczyć).
To by było na tyle dziś. Teraz udam się do kuchni i ze sprawdzonego i udoskonalonego przepisu Marthy Stewart  uczynię ciasteczka maślane. Wyjątkowo dobrze smakują w czasie oglądania tych programów. A potem tylko herbata z malinową konfiturą i kolejna odsłona ‘come dine with me’.



środa, 11 sierpnia 2010

The book of disquiet...

402
To be reincanated in a stone or a speck of dust - my soul weeps this yearning.
I'm loosing my taste for everything, including even my taste for finding everything tasteless.

Fragmenty niespokojnych myśli Fernanda Pessoa'i towarzyszą mi każdego dnia (dzięki, Domino). Mam dwa wydania.Jedno angielskie i jedno polskie. Mam nadzieję porwać się kiedyś na portugalskie. To pewnie potrwa,bo język do opanowania zdecydowanie trudny - próbuję się z nim już dłuższy czas i do tej pory mogę tylko pogawędzić chwilę o pogodzie. Daleko mi do czytania w tym języku. Melodia tego języka brzmi gdzieś we mnie głęboko i bardzo chciałabym pomóc się jej wyrwać... 
Tymczasem czytam tłumaczenia. Nie wiem czy przeczytałam już całą 'Księgę niepokoju'...Nie potrafię jej czytać jako całości. Przechodzę obok niej i otwieram na stronie, która akurat chce się otworzyć. I czytam swoje myśli spisane przez Portugalczyka sto lat temu. Nie przestaje mnie to zaskakiwać. Staram się sobie wyobrazić jak On mógł znać mój nastrój, moje myśli, mój stan...właśnie teraz w tej chwili. Nie dostaję na to odpowiedzi. Każdego kolejnego dnia dostaję jedno zdanie, którego nie muszę już zapisywać.

 28
A breath of music or of a dream, of something that would make me almost feel, something that would make me not think.

Spotkam Go zapewne w Lizbonie. Taką mam nadzieję. Czy zrozumiem co czuł? Czy zrozumiem co sama czuję? Ciekawe jakie sny i myśli Lizbona ma dla mnie. Czytam te, które podarowała Pessoa'i i nie mogę się doczekać swojej porcji....



niedziela, 8 sierpnia 2010

No nie wiem....

Tak.Nie wiem.Nie wiem czego?Eh...

Niedzielny wieczór - wczesny. Jeszcze nie pada. Choć pewnie jutro będzie lało,a może zacznie jeszcze w nocy. Nie,to nie pesymizm. To realizm. Od powrotu z Krety niewiele było dni bez deszczu. Ale to przecież normalne w Glasgow. Nieistotne już,że moja ciężko wypracowana przez trzy miesiące opalenizna przepada z każdym dniem....nie,nie ma mowy,żebym pobrała taką z butelki...nawet o niej nie wspominajcie. Nadejdzie na nią czas razem z utlenionym blondem i 20cm obcasami. I to zapewne będzie ostatni dzień mojego życia,bo automatycznie przy takim wyglądzie trafi mnie szlag....
Wrócmy do niedzieli...niezwykle przyjemny 'sunday roast' nam się dzis przytrafił. Łakomstwo stłumiło resztki rozumu,ślina zalała ośrodki myslenia i niedzielne cudo nie zostało uwiecznione...ale było udane,muszę przyznać. Co prawda, nie znam Bryta,który w niedzielę wsuwałby kurze nogi (swoją drogą to najlepsze,co kura może nam zaofiarować - gdyby chciała oczywiście robić to dobrowolnie; zapomnijcie o mdłej piersi! Nogi,nogi,nogi,proszę państwa to właściwy wybór!) marynowane w soku z limonki (skóry też), świeżym imbirze,czosnku,miodzie,pikantnych papryczkach - zwanych 'bird eye'(dwie wystarczą  na cztery kurze nogi,chyba,że wolicie pikantniej),sporej ilości soli i świeżo zmielonym czarnym pieprzu. Cała ta radosna impreza marynowała się kilka dni. Operacja 'roast' rozpoczyna się na pokrojeniu w 'ósemki' kilku ziemniaków zdatnych do zapiekania(można i młode jak kto woli...). Odrobinę oliwy,sól,pieprz i zioło jakoweś - tymianek i rozmaryn towarzyszyły nam dziś,rozmarym to w przypadku ziemniaka zawsze dobry wybór. Wymieszać i rozłożyć przyjaźnie na blachę(najlepiej z wyższym brzegiem). Naszym ziemniakom towarzyszyła koleżanka dyniowata przez tubylców zwana butternut squash (Dynia piżmowa (Cucurbita moschata Duch.)). Miło się skarmelizowała. Towarzystwo powędrowało do bardzo gorącego piekarnika,a po 15 minutach dołączyły do skwierczenia niedzielnego wyżej wspomniane zamarynowane kurze nogi. Radosna ta orgia trwała około 50 minut(wytrwale nogami trzeba obracać,żeby im się nie nudziło,a ostatnie 10 minut polecam skórą do góry...) Dziwnie przypomina mi to moje zabiegi opalania na Krecie....cóż każde doświadczenie trzeba w życiu wykorzystać....
Zapach powalający...widok powalający...smak....pozostało po nim wspomnienie przyjemnie spędzonego niedzielnego popołudnia....

piątek, 6 sierpnia 2010

Faith is the instinct of action....

Niniejszym dołączyłam...Ponieważ nie potrafię się zdecydować na tematykę,to będzie pralnia...groch z kapustą...wszystko i nic....

Jest kilka rzeczy,które kręcą mnie w rzeczywistości...

Będzie więc o gotowaniu - niezwykła jak na blog tematyka,prawda?Mam wrażenie,że większość blogów na gotowaniu się opiera.Może jest to kwestia dopieszczenia własnego ego (aha!znów mi się udało!),może nadzieja, że ktoś nas dostrzeże i doceni,może kwestia wzbudzenia czyjejś zazdrości lub innych takich uczuć.
Moje gotowanie?Jest pasją,miłością i chęcią nakarmienia całego świata dobrym jedzeniem.Ale co jest dobrym jedzeniem?Tu niestety pogrzebało się clue.Nie wiem co jest dobrym jedzeniem...Bo dobroć jedzenia jest subiektywna...i ja, jak każdy, jestem subiektywna...ale nie znam nikogo,kto pogardziłby słodkimi wypiekami...nie,ależ znam...ale o nich może później....więc wracamy do kwestii subiektywności....
Cóż...mój blog,no nie?Będzie więc o słodyczach,bo ja uwielbiam słodycze.Jeść i tworzyć.I są tacy,którzy dzięki moim tworom poczuli się szczęśliwi...Dlatego warto.

Zdjęcia.Pojawią się.Te robione przeze mnie.A jakże.Uczę się tej trudnej Sztuki.Przecież nie będę tylko opisywać.Słowa czasami są takie nieudolne...Czasami obrazek powie wszystko.
Może pojawi się tez inna Sztuka...nie moja i moja może też....
Tym razem Ronald Searle.Nikt tak nie rysuje kocich rozterek...

Literatura.Książki.Nie tylko kucharskie.Naprawdę.Czytuję też inne...

Muzyka...pewnie się pojawi...bo dużo jej w moim życiu....

Pojawią się ludzie i miejsca.

Taką mam nadzieję...